„Czułem potrzebę przekształcenia codzienności w coś pięknego i ekscytującego” – Rozmowa z Nickiem Almem
Zapraszamy do lektury wywiadu z Nickiem Almem, który towarzyszył wystawie Panie Kant – odpowiadam! Z artystą rozmawiał Józef Pałkiewicz.
JP: Za nami otwarcie Twojej wystawy w Galerii Manifest[o] w Warszawie, które przyciągnęło bardzo liczne grono miłośników współczesnego malarstwa. Także ci, którzy nieustannie przychodzą na wystawę bardzo pozytywnie reagują na Twoją sztukę, podkreślając to, jak bardzo wyróżnia się ona na tle twórczości prezentowanej w większości dzisiejszych galerii. Czy mógłbyś się podzielić refleksją na ten temat i wrażeniami, które towarzyszyły Ci podczas pobytu w naszym kraju? Byłeś po raz pierwszy w Warszawie i po raz pierwszy otwierałeś prezentację swojego malarstwa w Polsce…
NA: Niewiele wiem o rynku sztuki w Polsce, ale z tego, co zdążyłem zauważyć, polska publiczność rzeczywiście reaguje na malarstwo figuratywne w sposób bardzo żywy. Ponieważ stacjonowałem wyłącznie w okolicach Starego Miasta, moje wrażenia z Polski są zapewne nieco wyidealizowane: przebywałem w pięknym otoczeniu i wśród sympatycznych ludzi. Zauważyłem też, że w Warszawie bardzo postaraliście się o dekoracje świąteczne.
JP: Czym jest Twoim zdaniem malarstwo realistyczne w dzisiejszych czasach? Czy uważasz, że jest to tylko jedna z form wyrazu, po którą może sięgnąć artysta, czy jest to może pewnego rodzaju misja na scenie zdominowanej przez praktyki postmalarskie?
NA: Malarstwo to oczywiście jedna z możliwych dróg. Cenię różnorodność wypowiedzi artystycznych, wobec wielu z nich pozostaję jednak obojętny – malarstwo zaś w naturalny sposób pozostaje dla mnie najważniejsze.
JP: Co bezpośrednio skłania Cię do malowania, jaką wewnętrzną potrzebę w ten sposób realizujesz? Jak zdefiniowałbyś pojęcie natchnienia?
NA: Musiałem się z tym po prostu urodzić – z wrażliwością wizualną i twórczym umysłem. Dzięki malarstwu mogę niejako przetłumaczyć rzeczywistość wrażeń i doznań na mój własny artystyczny język i jednocześnie swobodnie operować tym, co kryje się w mojej podświadomości. Inspirację rozumiem jako nowy splot myśli, który wyzwala akt twórczy. Daje mi to poczucie spełnienia i satysfakcję.
JP: Bohaterowie Twoich obrazów to współcześni ludzie, ukazani w codziennych sytuacjach: w metrze, w kawiarni, na klatce schodowej, czy pośród czterech ścian. Co najbardziej Cię fascynuje w codzienności i powszedniości człowieka żyjącego dziś w wielkim mieście, co przygnębia, a co niepokoi?
NA: Miasto to dla mnie wymuszone współdzielenie przestrzeni z innymi, a jednocześnie możliwość życia incognito. Smuci mnie miejska brzydota – tandetne i pozbawione duszy wzornictwo. Malowane przeze mnie sceny w metrze dotykały właśnie tych aspektów – przebywania w tłumie i estetyki podziemnego otoczenia. Czułem potrzebę przekształcenia tej – czasami bardzo niezachęcającej – codzienności w coś pięknego i ekscytującego, odnalezienia boskiego pierwiastka w tym, co zwyczajne.
JP: Jakie znaczenie ma przestrzeń w Twoich obrazach? Jak relacja panuje między ukazanymi przez Ciebie postaciami a – z jednej strony – otaczającym je światem zewnętrznym – z drugiej zaś – tym domowym, intymnym? W obydwu na przemian umieszczasz swoje postacie.
NA: Często to dynamika grupy postaci, które przedstawiam decyduje o wyborze przestrzeni dla danej sceny i ta przestrzeń wyznacza następnie poziom więzi międzyludzkich między moimi bohaterami. Im bardziej intymna przestrzeń, tym większe pole dla ich zaistnienia.
JP: W scenach, które malujesz powtarzają się motywy na pół otwartych drzwi, okien przez, które się spogląda na zewnątrz, różnych przejść, a także luster – jaka jest ich rola w Twoim malarskim uniwersum?
NA: Te motywy niosą ze sobą duży ładunek symboliczny. To dlatego tak chętnie po nie sięgam.
JP: Czy w Sztokholmie, w którym mieszkasz i pracujesz, są miejsca, które szczególnie cenisz ze względu na ich walory na malarskie, czy wracasz do takich miejsc, by malować tam kolejne obrazy?
NA: Wymieniłbym tu Archipelag Sztokholmski – który znajduje się akurat poza miastem. Generalnie jest wiele takich miejsc do których wracam od lat. Krajobrazy w pewnym momencie stają się dla mnie monotonne, ale Archipelag zawsze jest w stanie zaoferować mi ciekawy i różnorodny spektakl.
JP: Powróćmy jeszcze do początku tej rozmowy. Twoje malarstwo utrzymuje silny związek z klasycznym warsztatem figuratywnym. Czy możesz powiedzieć, kogo z dawnych twórców cenisz szczególnie, a może wśród Twoich mistrzów są również malarze żyjący współcześnie, którzy podobne jak Ty nie odcięli się od przeszłości?
NA: Inspirują mnie przedstawiciele różnych nurtów, pochodzący z różnych epok: Tycjan, Rembrandt, Velázquez, Sargent, Zorn, Sorolla, Degas, Von Stuck, Klimt, Kollwitz, Boznańska, Wyeth, Cuming, Nerdrum, Friberg, Gauguin, Bonnard, Munch i wielu innych.
JP: Jak rozumiesz postawę środowiska skupionego wokół dzisiejszych instytucji publicznych zajmujących się sztuką współczesną – z czego wynika uparte zamknięcie na malarstwo realistyczne, figuratywne?
NA: Funkcjonują one według innej koncepcji sztuki, w której obowiązują odmienne kryteria oceny dzieła sztuki. Znajomość pewnych reguł i działanie w ich myśl jest tu ważniejsze niż dążenie do osiągnięcia prawdziwej jakości. Klasyczna tradycja zakłada, że wartość ujawnia się w samym dziele, sztuka postmodernistyczna traktuje ją natomiast jako konstrukt społeczny. Obecnie to koncepcja dzieła bywa ważniejsza niż samo dzieło, a przy tym musi ona odpowiadać panującym normom artystycznym. Te normy postulują między innymi odniesienie się do aktualnego dominującego dyskursu, ujęcie intersekcjonalne, zaangażowanie w trendy oraz oryginalność. Im więcej z tych punktów zostaje spełnionych, tym wyżej ocenia się daną pracę. Duże znaczenie ma także kontekst czasowy – sztuka inspirowana klasyką bywa z góry odrzucana, bo pochodzi z czasów współczesnych (po przewrocie modernistycznym), a jeśli dodatkowo nie spełnia wspomnianych wyżej kryteriów, praktycznie nie ma szans na zaistnienie. Dzieło może otrzymać ocenę niedostateczną, bo „brakuje mu dyskursu”. Uważam, że jest to absurdalne szczególnie w odniesieniu do malarstwa – tak jak od muzyki, nie oczekujmy przecież od niego słów, opisów. Malarstwo figuratywne jest uniwersalne i pełne głębi, a jednocześnie od razu czytelne i właśnie ta ostatnia cecha sprawia również, że dzisiejsze instytucje nie są nim zainteresowane. Towarzyszy temu jednocześnie „wizualny analfabetyzm”, przez który nie dostrzega się głębszych treści dzieła, bo perspektywa postmodernistyczna przesłania wszelką subtelność, a skupia się na przekazywaniu ideologii. Polega ona także często na stosowaniu etykiet: „tradycyjne” oznacza coś negatywnego, natomiast dzieło, który jest wybrakowane, ma różne niedostatki to „zamierzona ekspresja artystyczna”. Wiele szkół nie uczy już tradycyjnego warsztatu, a zamiast tego swoim absolwentom wpaja ideologiczny konformizm. Malarstwo figuratywne przemawia do szerokiego grona odbiorców, ale to, co właśnie podoba się wielu, w obecnym paradygmacie często budzi podejrzliwość. Dziś to prowokacja w kierunku publiczności jest postrzegana jako sposób podniesienia wartości danej pracy. Mimo wszystko uważam, że różnorodność form wyrazu jest niezbędna dla zdrowego rozwoju sztuki. Zarówno klasyczne, jak i nowoczesne podejścia mają swoją wartość, jednak instytucje od zawsze miały tendencję do wykluczania tego, co podważało ich ramy. Akademie klasyczne wykluczały modernistów, moderniści wykluczali malarzy klasycznych i to dzisiejsze wykluczanie często odbywa się na podstawie ideologii lub kwestii tożsamościowych.


